Kulturalne podsumowanie początku roku czyli jak być bardziej slow


Od początku tego roku staram się małymi krokami wdrażać w swoje życie idee slow life.

W moim przypadku życie biznesowe bardzo mocno splecione jest z prywatnym. Nie ma granicy godziny 16:00, że wychodzę z pracy i zaczynam życie osobiste, które trwa aż do 8:00 godziny dnia następnego. No niestety. Mówi się, że prowadzenie swojej firmy to praca 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu i coś w tym jest. Często moja głowa jest jeszcze „w pracy”, kiedy kładę się spać. Często też jedna z pierwszych myśli po przebudzeniu dotyczy właśnie spraw związanych z firmą.

To jest oczywiście fajne, jeśli lubi się to, czym się zajmuje. A ja bardzo lubię. Jednak…

nawet największego amatora słodyczy może zemdlić, jeśli będzie na wszystkie posiłki jadł tylko czekoladę. I tak też jest z biznesem. Na dłuższą metę nie można być w nim 24 godziny na dobę, bo zacznie na tym cierpieć i organizm i sam biznes.

Po prawie 3 latach takiej pracy niemal non stop mój organizm bardzo mocno zaczął domagać się odpoczynku.  Zaczęło mi też brakować skupienia się tylko i wyłącznie na sobie. Robienia rzeczy, które sprawią mi przyjemność, będę dla mnie relaksem i które doładują mi baterie na kolejny wzmożony okres pracy (specyfika mojego biznesu sprawia, że każde 2 pierwsze tygodnie miesiąca to istne szaleństwo – księgowanie, spotkania, konsultacje – które bardzo mocno mnie wyczerpują).

Poza tym w życiu potrzebna jest równowaga. Nie można tylko dawać. Powinno się też brać. Żeby być dobrym i efektywnym w biznesie i oferować klientom usługi i produkty najwyższej jakości, trzeba mieć pewne zasoby np. energii, motywacji czy kreatywności, a je trzeba skądś czerpać. W moim przypadku doskonale sprawdza się prawdziwy, egoistyczny odpoczynek, spędzanie czasu na rzeczach, które naprawdę kocham robić.

I tak w moje życie zaczęła wkradać się idea slow life czyli życia w zgodzie ze sobą, w swoim tempie i w szacunku do siebie samej.

Na początku roku stworzyłam spis aktywności, które sprawiają mi radość i które dają mi oderwanie od biznesowej rzeczywistości. Potem na tej podstawie zrobiłam plan ich realizacji na ten rok. Czyli na przykład wypisałam ile razy w roku chciałabym wyjechać i gdzie, jak często chciałabym chodzić do kina, teatru, na wystawy i koncerty, czego chciałabym się nauczyć, co przeczytać itd.

I tu moja sugestia dla Ciebie. Jeśli chciałabyś mieć więcej czasu dla siebie i na odpoczynek, to po prostu to zaplanuj – wpisz w kalendarz. Inaczej tego prawdopodobnie nie zrobisz.

Dzięki temu, że zaplanowałam swój relaks i przyjemności, to przez styczeń, luty i początek marca tego roku zrobiłam więcej „dla siebie” niż przez cały poprzedni rok. Okazało się, że mam czas, by żyć lepiej.

A oto jak wypoczywałam i co takiego w tym czasie robiłam (w większości przypadków towarzyszył mi mój mąż).

Byłam 5 razy w kinie na:

  • Komedii „Juliusz” w reżyserii Aleksandra Pietrzaka, która opowiada o całkiem poważnych sprawach, a przy tym naprawdę ma sporo śmiesznych momentów.
  • Dramacie historycznym „Kamerdyner” w reżyserii Filipa Bajona. Można napisać, że to kaszubska epopeja i akurat opowieści historycznej z takiej perspektywy chyba w naszym kinie jeszcze nie było.
  • „Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego, która mnie zawiodła (z różnych względów), jednak której nie można odmówić poetyckich kadrów.
  • Komedio-dramacie „Green Book” w reżyserii Petera Farrallyea, zdobywcy Oskara dla najlepszego filmu 2019 r. I to był zdecydowanie najlepszy film ze wszystkich obejrzanych w tym zestawieniu i chyba od dawna. Śmiałam się i płakałam na przemian.
  • Aquamanie czyli dobrej rozrywce w reżyserii Jamesa Wana. Kocham super bohaterów (głównie Marvelowskich), więc po prostu nie mogłam się źle bawić.

Byłam w Teatrze Nowym oraz Filharmonii Łódzkiej

W teatrze obejrzałam komedię muzyczną „Ślubu nie będzie” (farsa Raya Cooneya i Johna Chapmana). I bardzo cieszę się, że wcześniej nie szukałam opinii na temat tego przedstawienia, bo gdyby tak było, to pewnie bym nie poszła. Po fakcie przeczytałam miażdżącą recenzję w Wyborczej pani Izabelli Adamczewskiej, która „tak złego spektaklu dawno nie widziała”. Komedia według mnie (oraz widowni, która zaśmiewała się w głos niemal ciągle) była wspaniała i warta obejrzenia. Widocznie mój niewysublimowany gust, jeżeli chodzi o humor, pozwolił mi się dobrze bawić. I nie zamierzam niczego w tej kwestii zmieniać.

Filharmonię odwiedziłam dla wysłuchania koncertu kameralnego „Lutosławski Piano Duo”, który był odtworzeniem recitalu Witolda Lutosławskiego i Andrzeja Panufnika z czasów okupacji. Co ciekawe w koncert wpleciono też nieco historii o samym Lutosławskim oraz mini wywiad z pianistami. Nie dosyć, że wysłuchałam pięknych utworów, to jeszcze poszerzyłam swoją wiedze historyczną (dwie pieczenie przy jednym ogniu!).

Odwiedziłam i zwiedziłam Toruń

Zwiedzanie Starego i Nowego Miasta w Toruniu to czysta przyjemność. Wspaniale było spacerować wąskimi, klimatycznymi uliczkami albo brzegiem zasnutej mgłą Wisły. Toruń warto odwiedzić głównie dlatego, że można „dotknąć” prawdziwej historii, takiej sprzed ponad 500 lat (na mnie zawsze robi wrażenie architektura szczególnie ta, która przetrwała stulecia). Drugi powód to oczywiście pierniki, które można kupować i jeść w ilościach hurtowych, jeśli ktoś lubi. My zdecydowanie woleliśmy pączki ze Starej Pączkarni (ul. Szeroka) oraz kawę z Central Coffe Perks (ul. Strumykowa 2) czyli kawiarni wzorowanej na tej z kultowego serialu „Przyjaciele”.

W kwestii noclegu szczerze polecam Hotel Retman (ul. Rabiańska). Świetne miejsce dla podróżujących z psem (albo i bez psa) położone 3 kroki od Wisły i 3 kroki od Starego Miasta. Rewelacyjna obsługa i fantastyczne śniadania.

Obejrzałam wystawę w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi –

„Jerzy Antkowiak i Moda Polska”

Tę wystawę, jeśli się pospieszycie, zdążycie jeszcze zobaczyć, bo jest do 17 marca. A warto. Nie zdawałam sobie sprawy, że mieliśmy w naszym kraju na światowym poziomie Dom Mody.

Powołana do życia w 1958 r. poprzez połączenie Biura Mody EWA i sklepów Gallux-Hurt firma miała służyć edukacji modowej Polaków oraz reprezentowaniu przemysłu odzieżowego PRL na międzynarodowym rynku. Ale szybko stało się jasne, że jest czymś więcej – pierwszą w powojennej Polsce marką w branży mody, która oferowała nie tyle ubrania, co fascynujący styl życia. Projektanci Mody Polskiej stawiali odpór wszechobecnej szarzyźnie i bylejakości, lansując wzorce przywiezione prosto z Paryża i wyrastając ponad przaśne realia PRL. Dowodzona w pierwszych latach istnienia przez Jadwigę Grabowską instytucja uczyła nie tylko zasad dobierania strojów, ale także pomagała kolejnym pokoleniom Polaków przyswoić dobre wzorce estetyczne. Udała jej się trudna sztuka – była zarazem egalitarna i prestiżowa.

I ja się pytam – jak można było to zaprzepaścić?

Jedyne zastrzeżenie mam do samej prezentacji wystawionych przedmiotów (rysunków, ubrań itd.) Wszystkie zostały wyeksponowane w bardzo ciemnych (czarnych) przestrzeniach i jak na mój gust słabo oświetlone, co sprawiło, że niestety nie były dla mnie dobrze widoczne i spowodowało też, że pod koniec zwiedzania poczułam się bardzo znużona.

Przeczytałam kilka inspirujących czasopism

Przede wszystkim odkryłam „Przekrój” i przekonałam się, że jest to czasopismo idealne dla mnie. Drugim, nie mniej ciekawym i o tematyce aktualnie mi bliskiej bo o slow life, było „Slow – dobre życie bez pośpiechu” czyli wydanie specjalne Newsweeka (czekam na kolejny numer, ale jakoś nie mogę się doczekać). Kolejnym, które wzniosło o poziom wyżej moją miłość do książek, był dwumiesięcznik „Książki” – czyli czytam już nie tylko same książki ale i artykuły o nich. I ostatnim kulturalno-kulinarny magazyn „Usta”. Przyjemność sprawia mi już samo patrzenie na niego – prawdziwa estetyczna uczta.

Zrobiłam sobie zabieg na włosy Joico

Mogłoby się wydawać, że to relaks dla ciała, ale u fryzjera odpoczywa też mój umysł. I to bardzo. Moja fryzjerka jest slow, choć pewnie wcale o tym nie wie i wcale o to nie dba. U niej nie ma pośpiechu, zawsze jest umówiona tylko  jedna osoba. Nigdy nie czuję się u niej jak na taśmie produkcyjnej, że chce szybko mnie „załatwić” i zająć się kolejną klientką. Samo to sprawia, że można się zrelaksować i wyciszyć. A zabieg Joico jak najbardziej polecam – moje włosy dostały porządny zastrzyk energii.


Musze przyznać, że pisanie i przypominanie sobie tych wszystkich rzeczy, które miałam okazję zrobić już w tym roku dla siebie, sprawiło mi ogromną przyjemność i utwierdziło mnie w przekonaniu, że obrałam słuszną drogę – drogę bycia bardziej slow.

Mam też nadzieję, że chociaż niektórych z Was zainspiruję do pozytywnej zmiany, czyli odzyskania czasu dla siebie i tylko siebie.

I oczywiście jestem bardzo ciekawa, jakie Wy macie sposoby na oddzielanie życia zawodowego od prywatnego, na ile Wam się to udaje i jak wypoczywacie?

Dodaj komentarz